Wątpliwej jakości prezent dla niemieckich emerytów. Na turystycznej mapie Polski wydanej w Warszawie znajdą dobrze im znaną granicę między naszymi państwami sprzed II wojny światowej. Czytaj
Filmy i komunistyczna propaganda utwierdziły pokolenia Polaków w przekonaniu, że armia wrześniowa, która musiała stawić czoła dwóm bardzo silnym przeciwnikom, była przestarzała i technicznie niewydolna. Czytaj
Ma ją Pakistan, zapewne też Korea Północna i Izrael. Dlaczego więc i Polska nie miałaby mieć swojej bomby atomowej? W czasach PRL mieliśmy do dyspozycji sowieckie głowice nuklearne. Czytaj
Oficjalnie Żydów jest w Polsce może ze 20 tysięcy. Nieoficjalnie - parę milionów. Knujących w ukryciu przeciw Polakom. Jak niegdyś Mickiewicz, Słowacki czy Stanisław August Poniatowski. Czytaj
Polska młodzież chce, by szkoła uczyła o seksie. Bo, jak się okazuje, nastolatki nad Wisłą to seksualni analfabeci, którzy pilnie potrzebują fachowej pomocy. Czytaj
Zaczęła się nieoficjalna żałoba narodowa po tragedii w Halembie. Pytanie, czy to musi tak wyglądać i czy musimy brać w tym udział. Czytaj
Dobrali się, trzeba przyznać. Czytaj
Beatyfikacja papieża osiadła na mieliźnie. Oficjalnie to sprawa procedur, nieoficjalnie - celowe wyhamowanie słynnego "Santo Subito". Czyżby JPII z jakichś powodów naprawdę nie zasługiwał na aureolę? Czytaj
Nastolatka zrobi bardzo wiele dla przedmiotów widzianych za sklepową szybą. No bo dlaczego nie? Czytaj
Tydzień temu w USA wywołał sensację tekst z "Newsweeka" - mówiący o tym, że Biblia nie zabrania małżeństw gejów. Ale jest nawet gorzej. Dokładnie przeczytane, Pismo Święte w ogóle homoseksualizmu nie odrzuca. Czytaj
W Internecie pojawiło się nagranie, które może narobić sporo kłopotów kandydatowi PO. Czytaj
Karol Karski z PiS rusza na odsiecz. Czytaj
Widzicie ten fotomontaż? Za jego umieszczenie w internecie 33 –letni nauczyciel angielskiego dostanie najprawdopodobniej pół roku więzienia w zawieszeniu, bo obraził uczucia religijne. Gdzie się to zdarzyło? A tu, w Polsce. Czytaj
O tym, że Polska w przypadku wojny pomiędzy krajami NATO a Układu Warszawskiego miała dokonać inwazji na wyspy duńskie wiadomo już od kilku lat. Ale o tym, że w ramach tej inwazji mogliśmy obrzucić naszego obecnego sojusznika bombami atomowymi - już nie. A jednak było to możliwe...
Podczas ćwiczeń wykonywaliśmy kalkulacje strat, które w najbardziej optymistycznym wariancie, o ile w ogóle można tak mówić, miały wynosić 40 proc. stanu osobowego i sprzętu. Wariant pesymistyczny zakładał straty uniemożliwiające w ogóle odtworzenie dywizji – mówi w jednym z wywiadów gen. bryg. W st. spoczynku Henryk Szafrański, który miał dowodzić polską inwazję na Wyspy Duńskie w ubiegłym stuleciu.
Pot na ćwiczeniach i krew w boju
Plany inwazji, jakiej mieliśmy dokonać wspólnie z "sojuszniczymi" armiami ZSRR i NRD opracowywano mozolnie już w latach sześćdziesiątych. Główny ciężar uderzenia miała przyjąć na siebie dowodzona przez polskiego generała, 7. Łużycka Dywizja Desantowa.
Generał Szafrański wspomina, że tworząc plan inwazji miał do dyspozycji w sztabie w Gdyni dwie maszyny do pisania - jedną polską, a drugą piszącą cyrylicą (sic!). Prace planistów trwały dzień i noc.
Na podbój Danii miało wyruszyć około 60 tysięcy żołnierzy, w tym 40 tys. z Polski. Do tego dziesiątki czołgów, okrętów desantowych, samolotów, pływających transporterów opancerzonych, dział, a nawet... poduszkowców. "Więcej potu na ćwiczeniach – mniej krwi w boju" tę zasadę wojskowi wzięli sobie do serca i nieustannie ćwiczyli na poligonach w Ustce i Drawsku Pomorskim szturm na duńską flankę imperialistycznego wroga. Niestety rewolucyjna przyjaźń i internacjonalizm nie zawsze przeważał nad esprit de corps.
Pamiętam pewien zgrzyt na poligonie w Drawsku Pomorskim. ByłeM wtedy dowódcą całości szkolonych sił. W ćwiczeniu tym brały udział jednostki rosyjska i niemiecka. Niemcy mieli prowadzić obronę, stroną nacierającą mieli być Rosjanie. Niemiecki pułk miał w momencie podejścia Rosjan wycofać się.(...) Z niezrozumiałych dla mnie powodów Niemcy tego manewru nie wykonali, co groziło wypadkami i realnymi stratami. Obawiałem się też, że może dojść do regularnej bijatyki pomiędzy co bardziej krewkimi żołnierzami. (…) Bez wstępów i ogródek zapytałem niemieckiego pułkownika dlaczego nie przeprowadził manewru wycofania się wg planu. Niemiec tłumaczył coś pokrętnie, ale z jego wypowiedzi wywnioskowałem, że "niemiecki żołnierz nigdy nie cofa się w obliczu wroga".
Hiroszima po polsku
Prawdziwa jatka szykowała się jednak na polu walki, gdyby doszło do III wojny światowej w sercu Europy. Nie mówiąc już o wspomnianych przez sędziwego generała "wkalkulowanych" stratach własnych, sztabowcy Układu Warszawskiego szykowali Duńczykom prawdziwą krwawą łaźnię.
Na odtajnionych mapach operacyjnych z tamtego czasu widać tajemnicze symbole – małe czerwone bombki – dwie w miejscu, gdzie leży Kopenhaga i trzy kolejne nad mniejszymi miastami na Zelandii. Co oznaczały?
- Atak jądrowy – wyjaśnia rzeczowo i spokojnie wojskowy. Istotnie w planach "naszego" szturmu było użycie przeciwko "wrogom" taktycznej broni jądrowej. Według wszelkiego prawdopodobieństwa, tymi, którzy dostarczyliby bomby nad duńską Hiroszimę mieli być... polscy piloci.
Drang nach Westen
Czy PRL w latach sześćdziesiątych miała w ogóle możliwość dostarczenia "atomówek" nad cel i precyzyjnego ich odpalenia? Owszem, tak.
Na początku lat sześćdziesiątych zapadła decyzja, że PolskA zakupi pułk samolotów myśliwsko-bombowych Su-7 zdolnych do przenoszenia broni jądrowej. W 1965 roku uzbrojono w te odrzutowce stacjonujący w Bydgoszczy (dziś już nieistniejący) 5. Pomorski Pułk Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego. Już w marcu 1968 roku ćwiczył on z wojskami sojuszniczymi tworzenie tak zwanych korytarzy atomowych, przez które miały ruszyć na Zachód dywizje pancerne Układu Warszawskiego. W ujawnionych (min. przez pułkownika Kuklińskiego) planach operacyjnych UW polskie armie w pierwszych dniach owej wojny miały min. nacierać przez Lubekę na Danię.
Ćwiczyliśmy ten marsz wielokrotnie – wspominał przed trzema laty nieżyjący już pilot, pułkownik Wojska Polskiego. Zaczynało się mniej więcej na Pomorzu i dalej posuwaliśmy się na zachód dwoma strumieniami: południowym i północnym, właśnie na Niemcy i Danię. Przygotowany był cały łańcuch tajnych, rezerwowych lotnisk na tym kierunku - dosłownie co kilkadziesiąt kilometrów. Były w pełnej gotowości i wyposażone były tak, że w każdej chwili mogły przyjąć np. kilkadziesiąt odrzutowców. Nasze "natarcie" kończyło się zazwyczaj przy zachodniej granicy NRD.
Jedno z takich lotnisk zachowało się do dziś w Borsku, na Kaszubach. Dzisiaj korzystają z niego paralotniarze i piloci sportowi. Widać jednak złowieszcze pozostałości dawnych instalacji. Potężne antyatomowe schrony dla samolotów obsypane ziemią. Wielkie podziemne magazyny paliwowe z bocznicą kolejową. Dwukilometrowy, betonowy pas startowy, budynki techniczne, a nawet ukryte w lesie wille przeznaczone dla oficerów. Wszystko to czekało kiedyś w gotowości aż wybije godzina "W".
Już w marcu 1968 roku po raz pierwszy zrzucono bombę IAB-500, imitującą wybuch bomby atomowej. Polskich pilotów rzucania bomb atomowych uczyli sowieccy instruktorzy, którzy specjalnie w tym celu przyjeżdżali do Bydgoszczy. Podobno polscy kandydaci na "atomowych" pilotów musieli być kawalerami, ale można to uznać raczej za mit.
Dowieriaj - no prowieriaj!
Szkolenie Polaków w nuklearnych bombardowaniach odbywały się głównie w ówczesnym ZSRR. W 1974 roku polscy piloci byli szkoleni w Lidzie (na Białorusi) w lataniu na nowoczesnych odrzutowcach Su-20.
Polacy ćwiczyli uzbrajanie samolotów w bomby nuklearne - mówi w jednym z wywiadów, znany ekspert z dziedziny techniki wojskowej, Wojciech Łuczak. - Potem to samo trenowano na polskim lotnisku w Powidzu, gdzie znajdowały się samoloty przystosowane do przenoszenia bomb atomowych. Sam oglądałem zakupione przez Polskę w latach osiemdziesiątych samoloty Su-22M4, które zaopatrzone były w specjalne panele w kabinie pilota i belki oraz zamki do podwieszenia 500-kilogramowych bomb atomowych.
Dzisiaj, po wycofaniu wojsk radzieckich z Polski wiadomo już, że Rosjanie składowali u nas broń jądrową w kilku miejscach. Najprawdopodobniej w razie działań wojennych miały być one podwieszane do polskich Su. Z dużym prawdopodobieństwem można też przyjąć, że to one bombardowałyby Danię. Ale tu pojawia się pytanie czy towarzysze radzieccy zaufaliby niepokornym Polakom w godzinie próby. Nie ufali nam nawet w czasie pokoju i cały atomowy projekt znali tylko nieliczni oficerowie LWP. Tylko wybrani wiedzieli, gdzie składowana jest broń jądrowa. Tymczasem PRL nigdy nie była oficjalnie poinformowana o składowaniu na jej terytorium takiej broni. Po wycofaniu się Rosjan z Polski w ich jednostce w Bagiczu pod Kołobrzegiem w dawnej bazie rosyjskiej przypadkiem odkryto ślady składowania półtonowych bomb atomowych. Podobne instalacje znaleziono w innych posowieckich bazach. Według Józefa Szaniawskiego, pełnomocnika pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, Sowieci składowali broń atomową na terytorium Polski od połowy lat sześćdziesiątych.
Bomba made in Poland
Możliwy był (przynajmniej teoretycznie) inny scenariusz jądrowej inwazji Polski an Europę Zachodnią. W tym przypadku użylibyśmy broni wyprodukowanej przez nas samych. Niemożliwe? Dopiero całkiem niedawno wyszło bowiem na jaw, że polska bomba atomowa to nie mrzonka ani produkt fantazji dziennikarskiej, ale jak najbardziej realny projekt. O bombie zrobiło się głośno za sprawą artykułu Wojciecha Łuczaka. Właściwie było to tłumaczenie publikacji, jaka pojawiła się wcześniej w opiniotwórczym piśmie "AIR INTERNATIONAL" pod tytułem "Polska przygoda atomowa".
Z jego treści wynika między innymi, że w Polsce już w latach 70. były prowadzone zaawansowane badania nad budową bomby termojądrowej. Prace popierał ponoć sam I sekretarz PZPR, Edward Gierek, choć zapewne decydujący głos należał do wojskowych. Prowadzono je pod kierownictwem wybitnego naukowca, Sylwestra Kaliskiego i zostały w nie zaangażowane potężne środki finansowe. Zapewne coś do powiedzenia na ich temat miałby polski superszpieg Marian Zacharski, który wykradał wówczas na Zachodzie objęte ścisłym embargiem technologie.
Głowna teza artykułu jest następująca: Gierek chciał wprowadzić Polskę do ekskluzywnego klubu państw posiadających broń atomową. Według autora artykułu miał się wzorować na Francji prowadzącej niezależną od Stanów Zjednoczonych politykę atomową. Trudno sobie to wyobrazić w ówczesnych realiach i w cieniu Wielkiego Brata – ZSRR. Z artykułu dowiadujemy się też, o wzniesieniu na terenie Instytutu Fizyki Plazmy i Mikrosyntezy Laserowej specjalnej, otoczonej wałem antyatomowym hali, gdzie przeprowadzono eksperymenty.
Kto miał być "ojcem polskiej bomby atomowej"? Generał profesor Sylwester Kaliski, ówczesny komendant Wojskowej Akademii Technicznej. Wspólnie z doktorem Zbigniewem Puzewiczem, szefem Katedry Podstaw Radiotechniki Wojskowej Akademii Technicznej miał sporządzić sprawozdanie, w którym sugerował, że możliwe jest przeprowadzenie syntezy termojądrowej przy użyciu laserów dużej mocy.
Dalej czytamy, że prace prowadzono w "specjalnie wybudowanej hali WAT w warszawskiej dzielnicy Wola. Od 1972 roku prace kontynuowano w Instytucie Plazmy i Laserowej Mikrosyntezy. Wzniesiono tam nową halę i specjalne budynki".
Choć brzmi to jak science fiction, w Bieszczadach miano wybudować sztolnie, w której planowano dokonać próbnego wybuchu, tak, aby nie zarejestrowali tego Rosjanie. W tę ostatnią "rewelacje" trudno jednak uwierzyć, bowiem przy dzisiejszym stanie techniki i czułości urządzeń pomiarowych, można zarejestrować eksplozję jądrową, która ma miejsce nawet po drugiej stronie globu. Poza tym trudno sobie wyobrazić, by nie posiadająca złóż uranu Polska (krótko po wojnie wyeksploatowano jego i tak nikłe złoża) mogła kupić surowiec do budowy bomby poza ZSRR.
Kolejne stwierdzenia zawarte artykułu brzmią jak żywcem wyjęte z książek Roberta Ludluma. Jest w nim teza, że śmierć Sylwestra Kaliskiego w wypadku samochodowym w 1978 roku była prawdopodobnie zaplanowana przez KGB, które zaniepokojone postępami polskich naukowców.
Bałtyckie pandemonium
Nie jest tajemnicą, że w burzliwym czasie Zimnej Wojny rejon Cieśnin Duńskich był jednym z najbardziej naszpikowanym wojskiem i bronią regionem Europy. NATO-wscy stratedzy solidnie przygotowali się na powitanie agresora ze Wschodu. Niezliczone dywizje stacjonowały wówczas w Danii i Niemczech. Planowano też ściągnięcie amerykańskich i brytyjskich odwodów. W pogotowiu na lotniskach czekały dziesiątki "Phantomów", "Tornado" i innych rozmaitych maszyn. Na powitanie polskich okrętów desantowych miały wyruszyć blisko trzy dziesiątki okrętów rakietowych i innych jednostek uzbrojonych w pociski taktyczne. Jakby tego było mało, planowano rozwinięcie kilku pasów podwodnych pół minowych rozpoczynających się już od linii Bornholmu.
Wojskowi analitycy są zgodni, co do tego, że obie strony przygotowały tak potężne zasoby broni i "siły żywej", że o zwycięstwie jednej, czy drugiej z nich trudno w ogóle mówić. Jeśli do akcji weszłyby jeszcze "polskie" bomby atomowe to w miejscu, gdzie dzisiaj polscy turyści podziwiają kopenhaską starówkę, a dzieci baraszkują w Legolandzie mielibyśmy... jedną wielką, dymiącą dziurę. Podobnie jak w całej Europie.
używane auta,
nieruchomości ogłoszenia,
RTV - telewizory, kamery wideo,
AGD - zmywarki, kuchenki, pralki,
aparaty fotograficzne i cyfrowe,
notebooki, laptopy,
biustonosze,
perfumy,
buty damskie,
bielizna damska
Ja na miejscu Ruskich bym nie dał obcemu żołnierzowi :)
PS. Czy pan reduktor mógłby pokasować te komentarze "copy & paste"?
Widać że wszystkie popełnione przez jednego ekologicznego oszołoma w dwuminutowych odstępach. Nikt tak szybko nie pisze.
to czemu ta komunistyczna ku, rwa jeszcze żyje?
I pewnie niezłą emeryturę pobiera? Kraj kur, wy i szatana. Co może nie jest tak?
Trochę pozamieniać szyk wyrazów i zdań i voila - nowy artykuł Rafała Madajczaka gotowy!