Podobno dzisiejsze święto jest głównie po to, by nie trzeba było ściągać flag między 1 a 3 maja. Jednak coraz więcej w Polsce osób, wieszających biało-czerwoną dobrowolnie. I z dumą. Czytaj
Związki cywilne osób tej samej płci, tam gdzie dopuszcza je prawo, powodują mnóstwo komplikacji: kulturowych, psychologicznych - i prawnych. Czytaj
56-letni mieszkaniec Milwaukee o jakże swojsko brzmiącym nazwisku Keith Walendowski odpowie przed sądem za wielokrotne postrzelenie z obrzyna swej kosiarki do trawy. Bo nie chciała zapalić. Czytaj
Czy potrzeba seksu zawsze przeważa nad rozsądkiem? Dowiemy się tego w wielkim eksperymencie, który zostanie przeprowadzony za kilka miesięcy. Czytaj
Jest śmiesznie i nikt nikogo o antysemityzm nie posądza. No, prawie. Czytaj
Skandal goni skandal. W tej samej szkole! Czytaj
Gimnazjalistka stojąca przy taśmie 24 godziny non stop - to zwykły widok w jednym z zakładów pod Legnicą. Czytaj
To nie żart, to nauka. No, prawie. Czytaj
Warszawskie gimnazjalistki już wiedzą jak sobie radzić w życiu. Czytaj
Dziewczyna była regularnie dręczona przez kolegów i koleżanki. Bez większego powodu. Czytaj
Rzecznik ostrzega. I ma rację. Sami zobaczcie. Czytaj
Uciemiężona maturzystka staje się nową gwiazdą walki o wolność. Czy o co oni tam teraz walczą. Czytaj
Brytyjscy bezrobotni z okolic Norwich są zszokowani nową strategią jednej z miejscowych firm. Czytaj
Darrel Brudevold, urzędujący od 12 lat burmistrz, nie krył rozczarowania. Zazwyczaj na wyborach frekwencja jest bowiem całkiem przyzwoita.
Powiedziałbym, że nawet pół tuzina ludzi przychodzi do urn.
To rzeczywiście sporo - 25 procent uprawnionych. Pillsbury liczy bowiem 24 mieszkańców.
Brudevold nie miał kontrkandydata. Jego żona Ruth nie musiała z nikim walczyć o mandat radnej miejskiej. Jeden z dwóch. Burmistrz nie wini jednak obywateli za brak chęci do korzystania z demokracji.
Ludzie mają pracę, są zajęci. Po prostu tak jakoś wyszło, że podczas głosowania akurat nikogo nie było w mieście.
W założonym w roku 1911 Pillsbury jest 11 domów. Miasteczko jest tak małe, że nie było gdzie zorganizować punktu wyborczego. Mieszkańcy musieli pojechać do sąsiedniego Sibley. Ale to ponad 20 kilometrów. Nikomu się nie chciało.
Zasadniczo w miasteczku nie ma nic - poza barem, gdzie można dobrze zjeść, salonem piękności i pocztą.
Pocztę prowadzi burmistrz. Jego żona, radna miejska - salon piękności. Na wybory... nie poszła. Była zajęta. Podobnie jak jej mąż, burmistrz. Który miał na głowie sianokosy.
Miałem robotę. Musiałem to zebrać przed deszczem.
Brudevold pozbawiony jest złudzeń odnośnie przyszłości demokracji w Pillsbury. Zamierza poprosić o radę stanową komisję wyborczą - ale wątpi, by coś uległo zmianie.
Jesteśmy małą społecznością. Jak cię raz wybiorą, będziesz to robił do śmierci.
Pillsbury. Miasto ze snu każdego polityka.
A swoją drogą, za kilka miesięcy Amerykanie wybiorą nowego prezydenta: "lidera wolnego świata".
O ile nie będą zbyt zajęci.
używane auta,
nieruchomości ogłoszenia,
RTV - telewizory, kamery wideo,
AGD - zmywarki, kuchenki, pralki,
aparaty fotograficzne i cyfrowe,
notebooki, laptopy,
biustonosze,
perfumy,
buty damskie,
bielizna damska
Kto by chcial mieszkac na takim zadupiu ?
http://picasaweb.google.com/anjamannzen/USATo...